Śmiertelna epidemia na pokładzie statku wycieczkowego
Trzy ofiary śmiertelne, dwie osoby w stanie krytycznym oraz łącznie siedem przypadków zakażenia – tak w skrócie przedstawia się dramatyczny bilans rejsu statku MV Hondius. Jednostka pływająca, która wypłynęła z portu w połowie kwietnia, stała się areną niewyjaśnionego jeszcze ogniska chorobowego. Służby medyczne oraz epidemiolodzy prowadzą intensywne dochodzenie, aby ustalić źródło patogenu.
Ekspert wyklucza zakażenie na statku
Dr Zaid Fadul, specjalista chorób zakaźnych konsultowany w sprawie, wyraził opinię, że wirus najprawdopodobniej nie pochodzi z pokładu MV Hondius. – Nie sądzę, żeby pochodził ze statku – stwierdził w rozmowie z mediami. Naukowiec zwrócił uwagę, że okres inkubacji niektórych patogenów może sięgać nawet kilku tygodni, co oznacza, że pasażerowie mogli zostać zakażeni jeszcze przed wejściem na statek. To stawia pod znakiem zapytania skuteczność procedur sanitarnych stosowanych przed rejsem.
Rejs śmierci – fakty i kontekst
Statek MV Hondius, należący do renomowanego armatora, pływa głównie po wodach arktycznych i subarktycznych, oferując luksusowe rejsy przyrodnicze. Tym razem jednak zamiast podziwiania krajobrazów, pasażerowie i załoga zmagają się z poważnym kryzysem zdrowotnym. Według wstępnych danych, pierwsze objawy u chorych pojawiły się około 48 godzin po opuszczeniu ostatniego portu. Władze sanitarne Norwegii, pod której banderą pływa jednostka, wszczęły śledztwo.
Epidemiolodzy przypominają, że podobne ogniska na statkach wycieczkowych zdarzały się już w przeszłości. W 2020 roku na kilku jednostkach doszło do masowych zakażeń SARS-CoV-2, co doprowadziło do zaostrzenia przepisów sanitarnych w branży rejsowej. Obecna sytuacja na MV Hondius może ponownie skłonić armatorów do przeglądu procedur, zwłaszcza w kontekście rzadziej występujących patogenów.
Reakcja armatora i dalsze kroki
Przedstawiciele firmy Oceanwide Expeditions, operatora MV Hondius, wydali oświadczenie, w którym zapewnili o pełnej współpracy z norweskimi służbami. Statek został skierowany do najbliższego portu, gdzie przeprowadzono dezynfekcję, a chorzy zostali ewakuowani do szpitali na lądzie. Pasażerowie, którzy nie wykazują objawów, poddani zostali kwarantannie na pokładzie.
Specjaliści apelują, aby nie wyciągać pochopnych wniosków co do charakteru patogenu. – Potrzebujemy wyników badań laboratoryjnych, które mogą potrwać od 48 do 72 godzin – podkreśla dr Fadul. Dopiero wtedy będzie można stwierdzić, czy mamy do czynienia z wirusem, bakterią, czy może toksyną. Do tego czasu kluczowe jest izolowanie chorych i ochrona zdrowych.
Foto: images.pexels.com
Źródło: fakt.pl