Gdy w Nadleśnictwie Józefów ogień trawił kolejne hektary lasu, a strażacy walczyli z żywiołem, jeden wolontariusz przeprowadził własną, cichą misję ratunkową. Jan Pyszniak, mieszkaniec okolicznych terenów, zorganizował ewakuację zwierząt z miejscowego przytuliska, które znalazło się w strefie zagrożenia. Jak sam przyznał, jego celem było ocalenie jak największej liczby psów, które w panice i gęstym dymie mogłyby nie przeżyć.
— Właśnie schronisko ewakuujemy. Zabieramy pieski – powiedział krótko, gdy jeden z reporterów zapytał go, co robi z psem na rękach w samym środku akcji gaśniczej. Jego postawa spotkała się z uznaniem zarówno wśród służb, jak i lokalnej społeczności. W mediach społecznościowych pojawiły się wpisy, w których nazwano go „seniorem-przylepą” – z sympatią i podziwem dla jego uporu i zaangażowania.
Pożary lasów na Lubelszczyźnie, szczególnie w okolicach Józefowa, od kilku dni angażują setki strażaków z Państwowej i Ochotniczej Straży Pożarnej. Wiatr i sucha ściółka sprzyjają rozprzestrzenianiu się ognia, a służby apelują o zachowanie ostrożności i niezbliżanie się do stref zagrożenia. W takich warunkach każde działanie cywilów, które nie jest skoordynowane z dowództwem akcji, może być niebezpieczne – jednak w tym przypadku ewakuacja zwierząt została przeprowadzona sprawnie i bez zakłócania pracy strażaków.
Według danych Komendy Głównej PSP, w 2025 roku w Polsce odnotowano ponad 12 tysięcy pożarów lasów i nieużytków rolnych. Eksperci podkreślają, że w sytuacjach kryzysowych kluczowe jest szybkie działanie i współpraca z odpowiednimi służbami. W przypadku schronisk i przytulisk dla zwierząt, które często znajdują się na obrzeżach miast i wsi, zagrożenie pożarowe bywa niedoceniane.
Jan Pyszniak nie uważa się za bohatera. Jak mówi, po prostu zrobił to, co należało. Jego historia pokazuje, że w czasie katastrof nawet jedna osoba może zdziałać wiele – pod warunkiem, że ma odwagę i determinację.
Foto: images.pexels.com
Źródło: fakt.pl