W ostatnich dniach w mediach społecznościowych i na antenie jednej z ogólnopolskich stacji radiowych pojawiła się kontrowersyjna wypowiedź Sławomira Mentzena, jednego z liderów Konfederacji. Polityk stwierdził, że utrzymanie nieletnich obywateli Ukrainy w polskich zakładach poprawczych i wychowawczych kosztuje budżet państwa aż 1,2 miliarda złotych rocznie. Informacja ta, podana bez konkretnego źródła, szybko obiegła sieć, wywołując ożywioną dyskusję. Jak jednak wygląda rzeczywistość?
Skąd ta kwota? Analitycy wskazują na błąd w obliczeniach
Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2025 roku w polskich okręgowych ośrodkach wychowawczych i zakładach poprawczych przebywało łącznie ok. 4,5 tysiąca nieletnich. Z tej liczby obcokrajowcy, głównie z Ukrainy, stanowili niespełna 10%. Koszt utrzymania jednego wychowanka w tego typu placówce szacuje się średnio na około 8–10 tysięcy złotych miesięcznie. Nawet przyjmując najbardziej pesymistyczne założenia, roczne wydatki na wszystkie dzieci z Ukrainy w tych instytucjach nie przekroczyłyby 50–60 milionów złotych. Różnica między tą kwotą a podawaną przez Mentzena jest więc astronomiczna.
– To typowy zabieg populistyczny, polegający na podaniu liczby, która brzmi groźnie, ale nie ma pokrycia w faktach. 1,2 mld zł to budżet całego systemu pieczy zastępczej w Polsce, a nie tylko kilkuset ukraińskich nastolatków – komentuje dr Anna Kowalska, ekspertka ds. polityki społecznej z Uniwersytetu Warszawskiego.
Kontekst prawny i humanitarny
Nieletni z Ukrainy trafiają do polskich placówek poprawczych najczęściej w wyniku popełnienia czynów karalnych na terenie naszego kraju. Część z nich to ofiary handlu ludźmi lub dzieci, które przybyły do Polski bez opieki. Zgodnie z konwencją o prawach dziecka oraz polskim prawem, każde nieletnie – bez względu na obywatelstwo – ma prawo do odpowiedniej opieki i resocjalizacji. Koszty te są pokrywane z budżetu państwa, ale stanowią one znikomy ułamek wydatków na pomoc humanitarną i integrację uchodźców, która od początku wojny w Ukrainie wyniosła już kilkadziesiąt miliardów złotych.
Wypowiedź polityka, choć szybko zdementowana przez ekspertów i dziennikarzy śledczych, pokazuje, jak łatwo niezweryfikowane dane mogą wpływać na opinię publiczną. W dobie dezinformacji kluczowe jest sięganie do oficjalnych statystyk i raportów, a nie poleganie na hasłach wyborczych.
Foto: images.pexels.com
Źródło: wyborcza.pl