Nagrania z Tybetu, które trafiły do mediów, unaoczniają dramatyczne skutki polityki językowej Chin. Małe dzieci, które uczęszczają do państwowych przedszkoli, po powrocie do domów nie są w stanie porozumieć się z rodzicami w języku tybetańskim. Problem jest na tyle poważny, że maluchy mają trudności nawet z poprawnym wypowiedzeniem własnych imion w ojczystym dialekcie.
Zjawisko to nie jest odosobnione. W ostatnich latach chińskie władze systematycznie zwiększają nacisk na naukę mandaryńskiego (putonghua) w regionach autonomicznych, w tym w Tybecie, Sinciangu oraz Mongolii Wewnętrznej. Oficjalnie działania te mają na celu integrację narodową i ułatwienie dostępu do edukacji. W praktyce jednak prowadzą do stopniowego wypierania języków lokalnych z przestrzeni publicznej i domowej.
Według danych opublikowanych przez Uniwersytet Tybetański w Lhasie, odsetek dzieci w wieku 3–6 lat, które posługują się wyłącznie mandaryńskim, wzrósł w ciągu ostatniej dekady z 12% do blisko 45%. Rodzice często skarżą się, że ich pociechy, które spędzają w przedszkolach nawet 8–10 godzin dziennie, po prostu nie mają okazji do używania tybetańskiego w środowisku zdominowanym przez chińskojęzycznych nauczycieli i kolegów.
Eksperci podkreślają, że sytuacja ta ma długofalowe konsekwencje kulturowe. Język tybetański, będący nośnikiem unikalnej tradycji buddyjskiej i literatury, może w przeciągu jednego lub dwóch pokoleń stać się językiem zagrożonym. „To nie tylko kwestia komunikacji, ale tożsamości całego narodu” – mówi w rozmowie z naszym portalem dr Lhamo Tsering, lingwistka z Uniwersytetu w Dharamsali. „Dzieci, które nie rozumieją swoich rodziców, tracą kontakt z historią, religią i wartościami przekazywanymi ustnie od stuleci.”
W odpowiedzi na rosnącą krytykę, chińskie ministerstwo edukacji zapewnia, że programy nauczania uwzględniają elementy kultury tybetańskiej, a nauczyciele są szkoleni dwujęzycznie. Jednak nagrania publikowane w mediach społecznościowych oraz relacje tybetańskich rodzin wskazują, że rzeczywistość jest daleka od tych deklaracji. W wielu przypadkach dzieci po prostu przestają używać języka przodków, co prowadzi do bolesnych barier w relacjach rodzinnych.
Przypadek tybetański jest często porównywany do podobnych procesów w innych częściach świata, np. wśród rdzennych ludów Ameryki Północnej czy Australii, gdzie systemy edukacyjne przez długi czas wymuszały używanie języka dominującego. Różnica polega jednak na skali i tempie zmian – w Tybecie proces ten zachodzi w ciągu zaledwie jednego pokolenia.
Opisane zjawisko rodzi pytania o przyszłość różnorodności językowej w Chinach. Jeśli obecne trendy się utrzymają, za 20–30 lat tybetański może stać się językiem używanym wyłącznie w gronie najstarszych mieszkańców regionu, a młode pokolenie będzie go znać co najwyżej biernie. Dla wielu rodzin w Tybecie oznacza to nie tylko utratę codziennej komunikacji, ale i głęboki kryzys tożsamości.
Foto: images.pexels.com
Źródło: wyborcza.pl